Timisoara, czyli miasto, gdzie dla niektórych czas się zatrzymał / Katarzyna Fląt

Pod koniec maja zupełnie przypadkowo, miałam okazję odwiedzić jedno z rumuńskich miast razem z moim mężem, leżące w zachodniej części tego kraju. A miastem tym jest Timisoara. Można w nim spotkać nie tylko Rumunów, ale też Węgrów, Niemców i Serbów. Oczywiście nie brakuje „cyganów” w całej okazałości swego bogactwa.

            Zazwyczaj liczy się pierwsze wrażenie i w tym przypadku też tak było. Przekroczenie granicy rumuńskiej i to, co zobaczyłam, zrobiło wrażenie średnie. Poczułam się, jakbym cofnęła się o jakieś trzydzieści  lat wstecz w Polsce:  stare drogi z dołami, jednopasmowe ulice, jak są dwu lub trzy to jest już naprawdę dobrze. Do tego rozpadające się domy, stare kamienice i budynki o których za nic w świecie by się nie pomyślało, że może tam istnieć szkoła czy szpital.

            Wjeżdżając do Rumunii, można też ulec dezorientacji, bo w tym mieście „jeździ się jak chce i parkuje się jak chce”, łącznie z zostawianiem samochodów na rondzie, czy tak po prostu na którymś pasie. Piesi też oszczędzają czas i zamiast czekać na świetle, idą po prostu przez jezdnię w bardzo ruchliwych miejscach. Do tego na drogach króluje oczywiście Dacia i trolejbusy.

            To, co zaskakuje to fakt, że (nie tak jak w Polsce) nikt na siebie nie trąbi! Jeśli już były to sporadyczne sytuacje. I kolejny intrygujący mnie fakt, ludzi od samego rana na ulicach pełno, ale bez psów?! W Polsce od rana widać, spacerujących ludzi z psami, sprzątających po nich lub nie a tutaj mnóstwo sklepów dla zwierząt, z karmą itp. a zwierząt brak. 

            Niestety mimo jakiegoś uroku, jaki ma to miasto, nie mogę pochwalić ichniejszego jedzenia, które jest bardzo tłuste. I niestety w niektórych przypadkach lepiej było zjeść zwykłą kanapkę aby mieć pewność, że czas na zwiedzanie nie zostanie stracony w łazience.

            Ale wracając do pierwszego wrażenia. Pierwsze wrażenie nie jest najlepsze, ale zmienia się, kiedy wchodzi się na starówkę Timisoary. Dopiero tam widać gotycki styl i urok starszych budynków. Można zobaczyć ładne kamienice, barokową katedrę czy pałac z VIII wieku, które sprawiają, że pierwsze „złe wrażenie”, po prostu idzie w niepamięć. A do tego „szalone” rumuńskie gołębie przed którymi niekiedy trzeba było się uchylić aby w locie nie uderzyły w człowieka.

Nie można też zapomnieć, że Timisoara jest niezwykle zielonym, „oddychającym’ miastem. Pełno tam drzew, parków a  w nich oprócz ławek, poprzywiązywane do drzew leżaki.  

Zastanawiam się też czy jest coś czego zazdroszczę ludziom, mieszkającym w tym kraju i chyba znalazłam odpowiedź na pytanie. Tam żyje się wolniej. Nie trąbi się, bo nie ma takiej potrzeby, nikt się nie spieszy, nie „zajeżdża celowo drogi”.

Dużą uwagę przykuły też dzieci, które w południe skończyły szkołę i po prostu poszły grupą się bawić. Nie zostały odwiezione markowymi samochodami po południu do domu, tylko same (naprawdę małe dzieci), zadbały o siebie i wiedziały, co mają robić. Zobaczyłam, że nie są przesadnie dobrze ubrane, ale jest jakiś uśmiech na ich twarzy.

            Czy warto więc pojechać do Timisoary? Zajrzyjcie do galerii zdjęć i sami zdecydujcie, jak to jest z tym pierwszym wrażeniem. Może Wasze pierwsze wrażenie będzie inne niż moje.

Free Joomla! templates by AgeThemes