"Zanim się pojawiłeś" - recenzja filmu / Agata Walkusz

Will Traynor ma idealne życie – piękną żonę, wymarzoną pracę. Sam jest okrutnie przystojny. Pewnego ranka, gdy wychodzi do pracy, strasznie leje. Dlatego żona zakazuje mu jechać na motorze. Will próbuje złapać taksówkę, jednak w drodze do samochodu potrąca go motor. Sparaliżowany i zły na świat, za wyrządzoną mu krzywdę, Will nie uśmiecha się, siedzi w swoim mieszkaniu. Jego matka zatrudnia mu „opiekunkę” – Lou Clark, troszkę infantylną dziewczynę, która bardzo potrzebuje pieniędzy, których Traynorowie mają pod dostatkiem.  Pomimo zniechęcającego podejścia Willa, Lou stara się przywrócić barwy jego czarno-białemu życiu.

Ona jest pełna życia i radości, biedna, on – pragnący śmierci, wredny, bogaty. Na pozór nie może z tego wyniknąć nic dobrego, prawda? Jednak pozory mylą, a „Zanim się pojawiłeś” to film, więc to wybuchowe połączenie kończy się pełną przygód i łez miłością.

Łzy są nie tylko na ekranie. W sali kinowej było ich jeszcze więcej, sama byłam blisko płaczu. Dlaczego? Bo tak pięknego filmu dawno nie widziałam. Oglądając początek, nasunął mi się na myśl inny, zresztą też genialny film „Nietykalni”. Widać coś jest w tej tematyce, że bawi i wzrusza.

„Zanim się pojawiłeś” intryguje, sprawia, że ogląda się napisy końcowe, bo nie ma się siły wstać z krzesła po zakończonym seansie. Słowem: zmusza do myślenia.

 

Jedynym minusem była według mnie Emilia Clarke, a właściwie jej nadmierna mimika twarzy. Wydawała się przerysowana, nawet trochę denerwowała. Oprócz tego nie mam nic do zarzucenia. Szczerze polecam.

Free Joomla! templates by AgeThemes