Po co nam edukacja? / Agata Walkusz

 

Pytanie coraz częściej zadawane przez ludzi w różnym wieku, szczególnie jednak tych na etapie, w którym to nauka jest ciągle obowiązkiem, a nie tylko prawem. Codziennie rano wstają i idą do szkoły jak na skazanie. Powłóczą nogami i rozmawiają z przyjaciółmi, których w tej jakże okrutnej, niemal podobnej do więzienia instytucji, poznali. Jednocześnie potrafią tylko narzekać na wysysające chęć do życia zadania domowe lub, ewentualnie, na ideę edukacji w pojęciu niezmiernie szerokim. Bo po co nam ona? Dobre pytanie. Przecież nauka czytania nie jest nam do niczego potrzebna. Możemy posługiwać się rysunkami… chociaż nie wiem czy taka forma komunikacji byłaby czytelna, w końcu nauka rysunku to też pewnego rodzaju nauka… Cóż, zawsze pozostają gesty i mowa. Powszechna, stanowczo podstawowa i kolokwialna (bez takich trudnych słów jak „kolokwializm”, oczywiście). A i jaką wszyscy mieliby wybitną kondycję, gdyby zaniechać edukacji. Przecież w takim przypadku nie byłoby komu prowadzić samochodu, autobusu czy pociągu – nikt by się tego nie nauczył, a więc trzeba by wszędzie chodzić na własnych, często zapomnianych kończynach (tak zwanych nogach). Wszyscy byliby na równi – nie byłoby ludzi lepiej i gorzej wykształconych, bo wszyscy byliby tak samo mądrzy (na swój sposób). Wolny czas moglibyśmy sobie urozmaicać leżeniem z brzuchem do góry. Może czasami próbowalibyśmy sobie pofałszować czy to śpiewający czy grając na nerwach (bo to chyba jedyny "instrument", na którym uczymy się grać nieświadomie już w chwili urodzenia). I byłoby takich chwil niezmiernie dużo, bo nie byłoby nauki. Utopia, nieprawdaż? Brzmi perfekcyjnie. Chodzilibyśmy wysportowani, silni, niezależni, równi i… głupi. Bo po co nam edukacja?!

Free Joomla! templates by AgeThemes