Kim jesteś sam dla siebie? / Maria Prochownik

 

Dziś bardzo często słyszymy, że chorobą naszej cywilizacji jest egoizm... I za pewne coś w tym jest. Jako ludzie mamy w sobie zakodowany zmysł przetrwania i zapewne to on nakłania nas do dbania o własne dobro. Jednak mamy również zakodowane w sercu najrozmaitsze ideały, ideały przeczące zasadzie ogólnego egoizmu. Kochamy swoją rodzinę, chcemy dla niej wszystkiego, co najlepsze, ba – bylibyśmy w stanie ( i jak pokazują życiorysy wielu ludzi – jesteś w stanie) własne szczęście poświęcić dla nich.

 

Głęboko wierzę, że egoizm nie zrobi z naszej cywilizacji społeczeństwa bezmyślnych wampirów emocjonalnych, żywiących się dobrem innych, a utarte przekonanie o stawianiu własnego ja ponad wszystko, odsunie się wreszcie na dalszy plan, ustępując miejsca bardziej optymistycznej wizji społeczeństwa XXI wieku.

 

Jednak, by to urzeczywistnić, powinniśmy zastanowić się: kim tak naprawdę my jesteśmy sami dla siebie. Co mamy na myśli mówiąc znamienne JA. Czy jesteśmy swoją ręką, nogą, palcem? A może twierdzimy, że nasze ja zamyka się w obrębie naszego rozumu?

 

Główny bohater oskarowego filmu „Między piekłem, a niebem” w pośmiertnym życiu próbuje odnaleźć odpowiedź na to pytanie. Właściwie, nie on próbuje; jego mentor prowadzi go do odkrycia tej prawdy, tej nieznanej części jego samego. On sam wraz z całym jestestwo zbyt jest zajęty miłością, o której zresztą stanowi cały film. Rozmowa na temat składu filozoficznego materialnego bytu samego siebie rozpoczyna się w momencie, gdy Chris Nielsen zaczyna tonąć chcąc iść po niebieskim jeziorze, główny bohater woła bowiem: Ja tonę.

 

Człowiek nie żyjąc już, nie może umrzeć (utonąć). Stwierdzenie więc, w którym Chris oznajmia, że tonie, musiałoby oznaczać, że on jest swoim ciałem. Tu jednak pojawia się zasadniczy problem, skoro jest swoim ciałem, które po utonięciu nie będzie żyło, to jakim cudem będzie dalej egzystował w niebie. Skoro „on” utonie, to będzie musiało oznaczać, że wszystko się skończy, Chrisa nie będzie. A jednak to po prostu niemożliwe. I na tej podstawie mentor tłumaczy swojemu uczniowi ( a przez to i nam ), że JA to tak naprawdę również nasze myśli, pragnienia, nasza wiara w samych siebie, świadomość własnego jestestwa.

 

Mając więc na myśli samych siebie i własne dobro powinniśmy pamiętać, że składamy się nie tylko ze sfery materialnej, namacalnej, widocznej gołym okiem, ale również tej psychicznej, emocjonalnej, stanowiącej o naszym stosunku do świata i innych ludzi. Dopiero te części razem tworzą prawdziwych nas ( oczywiście nie znaczy to, że mogłyby istnieć autonomicznie). Bardzo łatwo to sobie uzmysłowić, przywodząc na myśli przeciętnego człowieka. Nasz Kowalski będąc szczęśliwy (wnętrze), będzie się uśmiechał, miło zwracał do ludzi, jego nastawienie do świata będzie optymistyczne ( na zewnątrz ) i w interakcji, kiedy zabraknie mu wiary w siebie, zwątpi w swoją wartość ( wnętrze ), będzie za pewne chodził przygnębiony, skrzywiony, nie będzie podejmował rozmów ( na zewnątrz ), w konsekwencji czego będzie mu jeszcze ciężej, poczuje się niepotrzebny ( wewnątrz) i koło się zamyka. Oczywiście jest to przykład dość drastyczny, ale myślę, że wymowny.

 

Tutaj spod sterty rozmyślań wyłania się jeszcze jeden wniosek. Jeśli w myśl zasady egoizmu, będziemy chcieli dobra dla siebie ( obu sfer ), to zaspokajając potrzebę bycia szczęśliwym, zupełnie niechcący nagniemy zasadę egoizmu – obdarujemy dobrem innych. W jaki sposób? Możemy być szczęśliwi jedynie wśród ludzi, a powiedziawszy więcej, ludzi radosnych. By więc tak było, musimy samym sobą rozweselać innych i być dla nich promyczkiem dobra w świecie.

 

Nasz XXI wiek na pewno nie przyniesie kryzysu ludzkich zachowań, jeśli naprawdę zrozumiemy, że to słowo: nasz, nie oznacza jedynie banału pod tytułem: przyszło nam w nim pchać naszą szarą egzystencję, ale uświadamia ono nas, że mamy realny wpływ na ten wiek, że to między innymi od naszego zachowania zależy, jak będą go wspominać przyszłe pokolenia.

 

Free Joomla! templates by AgeThemes