Ręce we krwi / Ewa Jakubowska

                                                                                                   

Zabiłam. Zabiłam już nie jedną osobę. Każdego znałam lepiej niż siebie samą, wiedziałam, jakie mają dylematy, o czym rozmyślają, gdy nie mogą spać i z kim łączy ich prawdziwa przyjaźń tudzież coś więcej, a z kim tylko wspólne interesy.

   Czasem było to całkowicie przemyślane: wiedziałam, jaki efekt końcowy chce osiągnąć, co pragnę przez to zdobyć. Innym razem była to po prostu konieczność.

   Dla tych, którzy po przeczytaniu początku tego artykułu czują się zdruzgotani bądź chcą dzwonić na policję, muszę coś wyjaśnić: od jakiegoś czasu piszę (a przynajmniej próbuję). Teraz więc proszę przeczytać ponownie 2 pierwsze akapity, ale ze świadomością, że nie stworzył ich psychopata, tylko autor opowiadań.

   Pomogło?

   Czytając jakąś powieść, zazwyczaj przywiązujemy się do bohatera, nierzadko myślimy o nim jak o realnej osobie, która istnieje bądź istniała, a nie jak o wymyśle pisarza. Rzecz jasna na tym polega cel twórcy: wykreować coś realnego i tak to opisać, by odbiorca, choćby podświadomie, uwierzył w egzystencję bohatera, przywiązał się do niego. Dzięki temu może się on wciągnąć w daną historię, bać się o losy postaci, a nierzadko nawet wzruszyć.

   Czy wylewalibyśmy litry łez przy ,,Gwiazd naszych wina” lub dostawalibyśmy palpitacji serca przy jakimś thrillerze, gdybyśmy cały czas pamiętali, że cała akcja powieści zrodziła się w umyśle jej autora, a bohaterowie, jak bardzo realni by nie byli, to tylko kolejny wytwór wyobraźni?

   Często, gdy ginie nasza ulubiona postać, jesteśmy wściekli i mamy pretensje do pisarza. Nie jest to zjawisko rzadkie: przecież to rozgoryczenie czytelników sprawiło, że J.K. Rowling przepraszała za uśmiercenie jednego z bliźniaków.

   Sądzę jednak, że nie tylko odbiorcami wstrząsa śmierć danej postaci. Pisarze pewnie też mają niezłego kaca moralnego, gdy decydują, że któryś ze znaczących bohaterów pożegna się z życiem. Pisze to tylko na własnym przykładzie, a nie próbuję się nawet porównywać do jakiegokolwiek twórcy, którego nazwisko jest Wam znane. Może oni już popadli w rutynę? Zadają śmierć tak beznamiętnie jak mój brat w jakimś ,,Call of duty”? Jest im ewentualnie troszkę żal własnego wysiłku: bądź co bądź, aby wykreować przekonującego bohatera, nie wystarczy tylko usiąść nad kartką i napisać parę wybranych losowo cech, które później nie sprawdzą się w trakcie akcji. Trzeba tak wykreować osobowość, by tłumaczyła ona wybory i posunięcia bohatera. Bo czy nie bylibyśmy zdziwieni, że spokojny właściciel warzywniaka na Lubelszczyźnie, niewymagający od życia wiele Ambroży Koniecpolski nagle, zostawiając bez wyraźnego powodu żonę, (której jest przecież tak oddany), przystaje do rabusiów i jedzie okraść kasyno w Nowym Targu? Ja bym była. Albo gdyby waleczny mistrz karate Ping Chang uciekał przed dysponującym ,,jedynie” kawałkiem deski chuliganem? Też nie pasuje.

   Może jednak są jeszcze tacy pisarze, którzy nie uśmiercają bohaterów ,,ot tak”. Którzy nadal traktują swą opowieść emocjonalnie, a nie jak pracę, sposób zarobku. Czytelnicy przeżywają rozstanie z jakimś bohaterem (na przykład rycerzem sir Zenonem Camembertem), smutno im, że już nigdy nie przeżyją z nim nowych przygód. Jednak prawdę mówiąc odbiorca ,,spotyka” owego wojownika tylko przelotnie. Poznaje go całkiem dobrze, ale ich znajomość jest stosunkowo krótka. Co ma powiedzieć twórca sir Zenona, który ze szkicu postaci, niewypełnionych konturów, zrobił pełnokrwistą osobę z przeszłością, zdolną przeżywać emocje, posiadającą zarówno wady jak i zalety, mającą różne relacje z innymi bohaterami? W umyśle twórcy mężny Camembert żył przecież o wiele dłużej niż w myślach czytelnika.

    Dlaczego więc pisarz zabił naszego przykładowego sir Zenona? A dlaczego w ogóle bohaterowie ,,Historii Camembertów” ruszyli się rano z łóżek i nie przesiedzieli całego życia w fotelach, z herbatkami w dłoniach? Bo czy ktoś chciałby czytać, jak członkowie tego zacnego rodu patrzą się w sufit i myślą, że trzeba by go odmalować? Celem książki jest przecież danie czytelnikowi odskoczni od nie zawsze ciekawej rzeczywistości, rozbudzanie w nim emocji, zaskakiwanie go. A śmierć bohatera jest takim ,,mocnym uderzeniem” mającym poruszyć odbiorcę. I lepiej niech tak zostanie.

    Coraz częściej bowiem krwawa jatka, brutalność i lejąca się hektolitrami posoka są brane jako coś normalnego, wzbudzające tyle emocji co wycieczka do sklepu. Na szczęście przyszło nam żyć w czasach, gdzie wielkie bitwy nie rozgrywają się tuż za naszymi oknami, nie musimy żyć w ciągłym strachu. Więc czy to, że, nawet nieświadomie, poszukujemy opisów nienaturalnej śmierci, a nierzadko nawet sami ją zadajemy w grach, oznacza, że po tylu tysiącleciach okrucieństwa niektóre zachowania stały się częścią naszej natury? Przecież, gdyby ludziom nie podobała się rzeź, nie pojawiałaby się ona w grach, książkach, filmach…I ciągle jej mało. Z tego, co mi wiadomo, jak na razie w ilości martwych bohaterów prym wiedzie ,,Gra o tron” Martina, jednak niewykluczone, że za jakiś czas będzie ona stosunkowo przeciętna w tej kwestii.

   I do czego to wszystko wiedzie? Wszechobecna krew staje się czymś normalnym. Dziwimy się mieszkańcom starożytnego Rzymu, że przychodzili na walki gladiatorów, jednak my sami zmierzamy w tym właśnie kierunku: w stronę organizowanych ku uciesze tłumu igrzysk. Najpierw pełen zasad boks, później o wiele mniej uregulowany WWE, walki w klatce, MMA…Co następne? Znów arena, ostre, metalowe przedmioty i widownia bawiąca się w bogów, przypisująca sobie prawo pozwalania komuś żyć?

 

   Historia kołem się toczy…

Free Joomla! templates by AgeThemes