Marzę, by przestać marzyć / Justyna Luszyńska

 

            Dałabym sobie rękę uciąć, że co najmniej połowa ludzkości ma spisaną gdzieś na dnie szuflady lub może na kartce przyklejonej do ściany, albo w folderze na komputerze, pewną listę. Na tejże liście zapisują skrupulatnie swoje marzenia. Co zrobię, zanim się ustatkuję? Co zrobię, zanim umrę? Też miałam tę listę. Miałam ją w zeszycie, ale również miałam ją zachowaną w pamięci komputera. Regularnie, raz na jakiś czas, dopisywałam nowe marzenie do kolekcji. Zebrały się dwie strony, zapisane linijka pod linijką. I w pewnym momencie zauważyłam to - marzeń wciąż przybywało, nie ubywało.
            Ludzie tak już mają. Chcą zobaczyć wschód słońca nad morzem, ale wyłączają budzik, gdy zaczyna dzwonić o czwartej nad ranem. Chcą zobaczyć wieżę Eiffela, ale nie oszczędzają pieniędzy na podróż. Nie wrzucają drobnych do słoika, nie próbują niczego poświęcić. Chcą mieć prawo jazdy, lecz nie zapisują się na kurs. Pragną napisać książkę, lecz czekają. Na lepszy moment; na wenę; aż mąż wyjdzie do pracy; aż dzieci podrosną. Czekają na lepsze czasy, które mogą nigdy nie nadejść. Też to robiłam, dopóki coś we mnie nie pękło. Zapragnęłam przekonać się, co to znaczy prawdziwie żyć. Nie miałam tylko pojęcia jak zacząć, przecież do tej pory tylko czekałam. Na co? Najprawdopodobniej na cud lub na kogoś, kto przyjdzie i wszystko poda mi jak na tacy. Nikt nie przyszedł, więc postanowiłam sama po tę tace sięgnąć.
            Często nie zdajemy sobie nawet sprawy, jak drobne rzeczy mogą nas uszczęśliwić. Odsuwamy je na dalszy plan, aż będzie więcej czasu lub pieniędzy. Jestem przekonana, że gdyby ludzie nie odmawiali sobie tych małych przyjemności, żyliby szczęśliwiej. I z tego właśnie powodu poprosiłam bardzo bliską mi osobę, by podzieliła się ze mną swoimi marzeniami. Jednym z nich było napicie się mojito. Dacie wiarę? Napicie się drinka, który w lokalu kosztuje około piętnastu złotych, a zrobienie go w domu jest banalnie proste. Nauczyłam się jak go przygotować i spełniłam czyjeś marzenie. Zajęło mi to mniej niż dziesięć minut. Nieraz więcej czasu poświęcam na gapienie się w sufit, gdy mam gorszy dzień.
            Dlatego zamarzyłam, by przestać w końcu marzyć. Zamarzyłam, aby nareszcie wziąć życie w swoje ręce i pokazać samej sobie, jak wygląda świat. A teraz, pięć miesięcy po tym postanowieniu, każdemu życzę, aby poznał to uczucie, które towarzyszy wykreślaniu z listy spełnionego marzenia. Teraz, mogę powiedzieć, że w pół roku zrobiłam więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Są rzeczy, które muszą poczekać. Nie na wszystko mamy wpływ. Nie wszystko da się przeskoczyć. Z drugiej strony, czasem wystarczy poćwiczyć skakanie. Mało komu udaje się wszystko od razu, nawet tym wybitnym. Nie od razu wydali „Dumę i uprzedzenie”, autorstwa Jane Austen. Nikt nie chciał wydać najsłynniejszego czarodzieja, ale czy J.K. Rowling poddała się po wysłaniu dwóch maszynopisów do dwóch wydawnictw? Oczywiście, że nie. Pewnie rzadko który malarz sprzeda swoje pierwsze dzieło za krocie, a i nie każdy absolwent od razu po ukończeniu szkoły dostanie wymarzoną pracę. I tutaj ludzi można podzielić na dwie grupy. Tą, która godzi się z losem, gdyż twierdzi, że i tak już z niego nie da rady więcej z niego wycisnąć i na tą, która pogodzić się z nim nie umie. Ci drudzy zaciskają zęby, ściskają pięści i robią, co mogą.
            Od niedawna należę do tej drugiej grupy i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jestem z tego dumna. Nieraz wymaga to ode mnie podwójnej pracy, nawet wtedy, gdy inni już śpią. Jednak kiedy coś uda mi się osiągnąć, wiem doskonale, że zawdzięczam to samej sobie. I właśnie ten wschód słońca nad morzem, kiedy ciężko jest się zwlec z łóżka, a potem wysiedzieć na plaży, kiedy lodowaty wiatr uderza nas po twarzy – było warto wstać cztery godziny przed czasem. Było też warto brać udział w konkursach, by przekonać się, że rodzina i przyjaciele, to nie jedyni fani mojej twórczości. A patrzeć na pokaz fajerwerków w Sylwestrową Noc z hotelowego pokoju usytułowanego na dwudziestym piętrze i czuć ten specyficzny ucisk w żołądku – jakby motyle w nim tańczyły. Przekonałam się, że nie pojawiają się tylko przy zakochaniu. Wystarczyło zacisnąć zęby, wygrzebać stary słoik, zapisać na nim „Marzenia” i popracować więcej niż zwykle.
            Kiedyś przeczytałam cytat, który do dziś dnia doskonale pamiętam: „Pierwsza zasada życia – rób rzeczy, których się boisz”. Spełnianie marzeń jest straszne! I absolutnie nie żartuję. Mi towarzyszył lęk – co jeśli rzeczywistość nie będzie tak piękna jak sen? Sen, który odtwarzałam przez zaśnięciem raz po razie, dopracowując go z nadzieją, że mi się przyśni. Teraz uśmiecham się pod nosem, gdy o tym myślę. Nie, rzeczywistość nie była tak piękna. Sny zazwyczaj są lepsze – rzadko kiedy w nich pada, nic nas nie boli, nie mamy wzdęć, ani czkawki a w tle leci nastrojowa muzyka. Rzeczywistość zawsze będzie różniła się od marzeń. Mimo to ma jedną sporą zaletę – jest prawdziwa. 

Free Joomla! templates by AgeThemes