Mogę pogłaskać? / Agata Walkusz

Takie pytanie zna chyba każdy właściciel psa. Wystarczyło wyłonić się zza bezpiecznych drzwi własnego domu z psem na smyczy. Tak tylko wystawić nos zza drzwi. I nie wiadomo skąd zostałam otoczona przez grupę małych dzieci, których nie mogłam odpędzić. Tylko "mogę pogłaskać?", "jak się nazywa?", "a ile ma lat?". I tak w kółko. I ja i mój włochaty przyjaciel, chcemy już przedrzeć, iść dalej. Tłumaczenia nic nie dają, delikatne przesuwanie się i próby odejścia w stronę lasu, też nie pomagają. Tak więc kroczek po kroczku przesuwamy się pełnym chichotów tłumem do granicy. W końcu docieramy do tego miejsca. Tylko tam maluchy mogą oddalić się od bezpiecznego podwórka. Gdy tylko mi się uda i słyszę ciche "nie możemy iść dalej", rzucam "do widzenia" i niemalże biegnę, aby zniknąć pod osłoną drzew. Pies, na smyczy, równie jak ja szczęśliwy, prawie skacze, taki jest rozradowany końcem "pieszczot". I po co to wszystko?

 

"Mogę pogłaskać?" oznacza przecież zazwyczaj, nic więcej, jak "nie mam psa, ale bym chciał". A reszta pytań tylko ma przedłużyć proces głaskania. Chociaż muszę przyznać, że zdarzają się przypadki wybitnie irytujące. Mamusie, chcące pokazać swoim małym pociechom, co robi chau chau. Jeśli tak im na tym zależy niech pójdą do znajomych albo same sobie psy kupią, a nie nam przeszkadzają w spacerze.
Wychodzę, patrzę i jestem przerażona. Mama na dwunastej! Wymalowana, nieudolnie próbuje zakryć cienie pod oczami. Już widać, że będzie chau chau napad. A potem słodkie "ooo, patrz!" (po raz kolejny tego dnia) i chwiejny bieg w moją stronę. Nie ma dla mnie ucieczki. Jestem pogrążona. Codzienne wyjście z psem jest istną mordęgą.

Free Joomla! templates by AgeThemes