Cholerstwo / Justyna Luszyńska

 

- Ty naprawdę jesteś idiotą – powiedziała.
Przyjrzałem się jej uważnie, zastanawiając jednocześnie jak odeprzeć ten atak. Stanęła na palcach, starając się wydłużyć swoje ciało w miarę możliwości, aby sięgnąć puszkę z najwyższej półki. W końcu się poddała. Chwyciła taborek i stanęła na nim, starając się ukryć grymas bólu wymalowany na twarzy. Była zbyt dumna, by pokazać, że ją boli. Zbyt uparta, by poprosić o pomoc.
Powoli, najdelikatniej jak potrafiła, zeszła z powrotem na ziemię i rzuciła mi ukradkowe spojrzenie, które od razu złapałem. Zaklęła coś pod nosem, a prawdopodobnie wszystkie te przekleństwa były pod moim adresem. Nie chciała jednak bym usłyszał. Jeszcze nie.
            Wziąłem gazetę do ręki i wybrałem artykuł. Następnie cztery razy przeczytałem pierwsze zdanie. Bez zrozumienia. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Wyglądała inaczej tego dnia. Coś musiało się zmienić i myśl o tym nie dawała mi spokoju.
 - Coś zmieniłaś? – odważyłem się w końcu – Wyglądasz jakoś inaczej dzisiaj.
Prychnęła i rzuciła mi przez ramię pogardliwe spojrzenie.
 - Jak?
 - Mniej brzydko – odparłem i ponownie zacząłem udawać zainteresowanie prasą.
Jej barki podnosiły się wraz z oddechem. Delikatnie poruszała głową, prawdopodobnie nucąc coś pod nosem. Nagle usłyszałem uderzenie noża i głośne syknięcie. Odkręciła kran i pod strumień wody postawiła krwawiący palec.
 - Jak zwykle – skwitowałem, znudzonym głosem – Za każdym razem to samo. Czy ty naprawdę nie rozumiesz kobieto,  że jedzenie kawałków twojego ciała nie jest zbyt smakowitą perspektywą? Preferuje wieprzowinę!
Ostentacyjnie odłożyłem gazetę i podszedłem do apteczki. Opatrzyłem jej palec i zabrałem się za krojenie warzyw. Siedziała przy stole i pustym wzrokiem patrzyła przez okno. Zgarbione plecy i włosy spięte niedbale w kok, nie wyglądały zbyt atrakcyjnie. Zwróciłem jej uwagę na nieprawidłową postawę, lecz zbyła mnie stwierdzeniem:
 - Jak odkupisz ode mnie te plecy, to będziesz mógł sobie nimi rządzić, ty cholery dusigroszu.
 - Już mogę – mówię jej – Jesteś moją żoną. Twoje plecy, to moje plecy.
Prychnęła. Jej pełne żalu oczy w kolorze jasnego błękitu zwrócone były  w moją stronę. Zacisnęła usta i zmarszczyła brwi. Coś się zmieniło. Na pewno coś jest nie tak.
 - No więc? Byłaś u fryzjera?
Zaśmiała się.
 - Czy ty wiesz, kiedy ja ostatnio byłam u fryzjera? Nie stać mnie! Bo jesteś pieprzonym dusigroszem!
Zrezygnowałem i z powrotem zająłem się krojeniem warzyw. Widocznie nic się nie zmieniło. Co za zgorzkniała krowa. Tyle razy jej mówiłem! Na Miłość Boską! Tyle razy powtarzałem! Żebym ja przed ślubem wiedział, że ona jest taka, ale ona była wtedy inna! Na spacery chodziła, kwiaty zrywała, śmiała się w głos. A potem co się stało? Potem się zmieniła. Potem zaczęły się szarpaniny. Ja z jednej strony liny, a ona z drugiej. I przeciągamy tę linę tak już od jakiegoś czasu.
 - Źle kroisz.
Jej głos wyrywa mnie z zamyślenia. Stoi obok, patrzy na mnie z niesmakiem, po czym zabiera mi nóż z ręki i zajmuje moje miejsce. Krzyczę, że jest nienormalna; że mam dosyć i niepotrzebnie się z nią męczę. Odpowiada mi tym samym i w ten oto sposób wszyscy sąsiedzi mogą sobie posłuchać, jak co dzień zresztą, kilka słów o nienawiści żony do męża. Teraz wszystkie przekleństwa, które wcześniej szeptane były pod nosem, ujrzały światło dzienne w pełnej okazałości. Zmieszała mnie z błotem. Udałem oburzenie, trzasnąłem drzwiami i wyszedłem do pokoju.
            Udałem oburzenie. Udałem. Ach, bo mnie jej przekleństwa już wcale nie dotykają, codzienne kłótnie nie przejmują, a trzaskanie drzwiami nie dziwi. Dziwiło kilka lat temu, teraz stało się tylko częścią mojej codzienności. Pamiętam jak najstarsza córka spytała mnie kiedyś ściszonym głosem „Tato, dlaczego wy z mamą nie odpoczniecie? Niech ona zamieszka u mnie, ty zostaniesz tutaj. Chociaż się nie będziecie kłócić”. Wtedy to się dopiero zdziwiłem! Jak miałbym mieszkać tu, a ona tam? Jak mógłbym wstawać, nie usłyszawszy najpierw jej krzątającej się w kuchni? Jak miałbym zasypiać bez wieczornej kłótni? Popatrzyłem na nią wtedy z ogromnym zdziwieniem i zamknąłem temat słowami „Co ty mówisz, moje dziecko? Ja i twoja matka żyjemy po to, żeby się kłócić”. Już więcej razy nie dostałem podobnej propozycji.
            Ale ja im się nie dziwię. Dla nich ta kłótnia jest czymś okropnym i trudnym do zniesienia. Pamiętam jak ona leżała w szpitalu. Na Miłość Boską, lekarze mówili, że ma małe szanse, bo serce jest bardzo słabe. To było tak nagle, bez ostrzeżenia. A córka była wtedy na wakacjach w Wielkiej Brytanii. Syn był w robocie w Norwegii. A najmłodsza – dziewiętnastoletnia – nic nie wiedziała. My zaś doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że gdyby się dowiedziała, rzuciłaby studia, swoje życie i nie bacząc na konsekwencje przyjechałaby czuwać przy matczynym łóżku. A my tego nie chcieliśmy. Nie chcieliśmy, żeby to tak wyglądało. Dlatego właśnie dzień w dzień budziłem się o szóstej rano, brałem wielką brązową książkę kucharską, stojącą na najwyższej półce w kuchni, strzepywałem kurz z jej materiałowej okładki i wybierałem przepis. Potem gotowałem – jak nigdy przedtem w życiu – samodzielnie. Wkładałem ten posiłek w słoiki i szedłem do szpitala. Ona, marszczyła brwi, widząc mnie. I pytała po co przychodzę – może żeby ją dobić? Przytakiwałem jej i wciskałem słoik, mówiąc, że sąsiadka jej dała. Krzyczała wtedy, że jestem idiotą i po jaką cholerę biorę od cholernej sąsiadki słoiki, jakby ona była biedna i nie miała co jeść. Robiła to do dnia, aż nie zobaczyła na mojej koszuli plamy po pomidorówce. Wtedy  chyba zrozumiała, choć nie powiedziała tego na głos. Ja też nie. Od tamtej pory brała słoiki bez słowa.
            Ale ona wyszła ze szpitala. Wyszła, jakby zła na życie za to, że jej serce wytrzymało. I lekarz powiedział, żeby jej pilnować, nie dawać się przemęczać i pomagać. Wróciła do domu i tydzień leżała w łóżku. A ja dalej przynosiłem słoiki od sąsiadki, pomagałem jej się umyć, klnąc na nią przy tym i słuchając jak ona klnie na mnie. A potem sam zachorowałem. Kaszlałem wtedy pół nocy, starając się stłumić ten odgłos, byle jej nie obudzić. Obudziłem się następnego dnia, zdziwiony, że nie usłyszałem budzika, który dzień w dzień dzwonił o piątej trzydzieści, abym mógł przygotować jedzenie, nim ona wstanie. Tego dnia nie zadzwonił. Zdezorientowany i pewny, że dziadostwo się popsuło, leżałem jeszcze parę chwil w łóżku, zastanawiając się, która godzina. I wtedy weszła do pokoju. Jej szczupła twarz z głębokimi zmarszczkami miała zawsze surowy wyraz. W dłoniach trzymała tacę. Spojrzała na mnie ze swojego rodzaju triumfem i powiedziała:
- Sąsiadka przyniosła słoiki. 

Drodzy Czytelnicy! Jeżeli jesteście zainteresowani innymi moimi tekstami, nie tylko opowiadaniami, ale również felietonami czy recenzjami zapraszam na moją stronę, która od niedawna jest już w zupełnie nowej odsłonie: http://ajednak.eu/